Terroryści

Monika Kwiecień

Pewien list nie daje mi spokoju. Tym bardziej że rzecz się ciągnie, a przypadek nie jest odosobniony. Za zgodą autorki chcę tu poruszyć sam problem, nie wnikając w osobiste szczegóły.

Moja znajoma od dłuższego czasu boryka się z chorobą nowotworową. Wydawałoby się, że nie trzeba uruchamiać nadzwyczajnej wyobraźni, aby wiedzieć, co to oznacza. Chociaż nowotwór nowotworowi nierówny, chociaż każdy inaczej reaguje na przebieg kuracji, a życie w dużym mieście nieco ułatwia dostęp do specjalistycznego leczenia, sytuacja chorego na raka - delikatnie mówiąc - komfortowa nie jest.

Moja znajoma jest osobą wierzącą, kochającą Boga. Na ile pozwala jej zdrowie, uczestniczy w nabożeństwach i życiu zboru. Jest autentycznie oddana służbie, jakiej się przed laty podjęła. Jest osobą uczynną, lubianą i zwyczajnie miłą. Jak dawniej, tak i teraz nie robi wokół siebie szumu. Mimo to stale spotyka ją wielka krzywda.

Dręczą ją mianowicie chrześcijańscy terroryści. Żeby było jasne - to moje określenie. Ona pisze: "niektórzy bracia i siostry". Czego chcą? Dowiedzieć się, jak sobie radzi z tym, jak choroba przeorała całe jej życie? Czy chcieliby jej pomóc, a żeby pomóc naprawdę, nie zamierzają zgadywać, tylko od niej samej usłyszeć, w czym mogą być przydatni?

Jak się domyślacie, odpowiedź na oba pytania brzmi: NIE. Nie interesuje ich ani to, co ona przeżywa, ani czy potrzebuje pomocy. Przychodzą oznajmić, że jej choroba jest zawiniona przez nią samą (kara za grzechy). Albo że modlitwa o uzdrowienie nie przynosi skutku, ponieważ ona nie ma wiary.

Powtórzę: z takim oto werdyktem nie zgłaszają się obcy ludzie, tak zwani niewierzący, tylko "bracia i siostry". O takich mówi się "przyjaciele Hioba". W jakimś blogu przeczytałam sarkastyczne stwierdzenie, które pasuje tu jak ulał: "Przyjaciel tym różni się od wroga, że wbije ci nóż w pierś".

W czym problem? - ktoś zapyta. Po pierwsze, niepotrzebnie tolerujemy chamstwo, ulegając szantażowi pobożnej otoczki. Po drugie, nie każdy ma równie mocny system odpornościowy. "Mogę sobie powtarzać, że to tylko zwykłe chamstwo, ale to mnie jednak rani" - czytam w liście. Człowiek, który cierpi, człowiek żyjący w stanie niepewności jest bardziej podatny na zranienie. Trudniej mu odepchnąć od siebie cudzą niewrażliwość.

Kiedy dotyka nas zło - kiedy coś bolesnego spotyka nas samych albo drogą nam osobę - zadajemy sobie zwykle pytanie: "Dlaczego? Co to znaczy? Czemu to ma służyć?". Jest to pytanie szczególnie natarczywe, gdy cierpienie spada na kogoś, kto sobie na to nie zasłużył. Człowiek wierzący, który poznaje Boga, żyjąc w społeczności z Nim na co dzień, w naturalnym odruchu sprawdza, czy coś go od Niego nie odgradza. Wie, że "jeśli chodzimy w światłości, […] krew Jezusa Chrystusa, Syna jego, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu" (1 J 1,7).

Cierpienie może sprawić, że ludzie odsuną się od Boga. Bardzo często jednak lgną do Niego bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Jest jedynym ratunkiem, owszem. Ale bywa i tak, że we własnym cierpieniu poznają Go całkiem na nowo, bo pozwala im wniknąć w swoje serce. Bliskie obcowanie z Bogiem zostawia wyraźny ślad - ich dusza promienieje, jak promieniała twarz Mojżesza.

Wierzymy w Boga, który nie jest maszynką. On jest suwerenny i kochający. Jest Bogiem, który czyni cuda i uzdrawia. On też podtrzymuje w chorobie i przeprowadza nas przez nią ku życiu albo ku śmierci. "Pan strzec będzie wyjścia i wejścia twego", mówi Psalm 121. Cierpienie, jakie On dopuszcza, służy Jego zamysłowi: jednym razem opamiętaniu, innym razem Jego chwale.

"Któż będzie oskarżał wybranych Bożych? Przecież Bóg usprawiedliwia" (Rz 8,33). Naszym nieszczęsnym terrorystom, ferującym wyroki o cudzym grzechu bądź niewierze, przydałoby się otrzeźwienie. Może nie zdają sobie sprawy, z kim zawierają koalicję? "I usłyszałem donośny głos w niebie, mówiący: Teraz nastało zbawienie i moc, i panowanie Boga naszego, i władztwo Pomazańca jego, gdyż zrzucony został oskarżyciel braci naszych, który dniem i nocą oskarżał ich przed naszym Bogiem" (Obj 12,10). __